niedziela, 22 stycznia 2012
Protekst Przeciwko Wykorzystywaniu Płci Tak Naprawdę,Słabej...
Jak świat światem, spoglądając na jego przeróżne historie, zarówno te duże i te małe,zewsząd słyszy się jedynie o wykorzystywaniu przez mężczyzn niewinnych kobiet. Nikt nie zamierza temu zaprzeczać. Sama istota przemocy fizycznej tkwi przecież zdecydowanie po męskiej stronie. Jakby nie patrzeć każdy spotkał się gdzieś w otoczeniu z przemocą. Pamiętam sam kilku wiecznie wartujących na osiedlu pod sklepem panów, tworzących coś na wzór komitetu kolejkowego,aby przez ostatnie dwie dekady kupować poranne "osiemnastki" w wielobarwnych butelkach. Powroty do mieszkań w bloku wiązały się czasem z zaznaczaniem jak czworonogi swojego terytorium. Tu szczęśliwie akurat tak złożyło się, iż mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, a wszelki wężochód kończył swój bieg, jak autobus na pętli, nie na naszej kondygnacji, lecz na parterze. Nie było przez wiele lat soboty sięgając wstecz nawet o trzydzieści lat, aby upojony procentami "Palitura" nie rozbudzał nas z upragnionego snu. Facet miał zdrowie, to trzeba przyznać,a jakże mile zaskoczył mnie fakt, kiedy niedawno zobaczyłem go żwawego i zupełnie moralnie wyprostowanego. Różnie to z nami bywa Panowie. Jak skończyła pozostała ekipa, nie mam zielonego pojęcia. Po latach jednak doświadczam swoistego olśnienia. Takie męskie burdy mają miejsce przeważnie wtedy kiedy ich związki z płcią, z pozoru tylko słabą, a zapewne piękną, oparte są na zauroczeniu, która z czasem gdzieś,zagubiła się, wskutek,jak to modnie mawia się, niedopasowania. Nikomu nie zazdroszczę przeżywania patologii z powodu wódy, browców czy innych nalewek.Niejedno każdy z nas widział, przeżył jako świadek,a nawet doświadczył na własnej skórze. Nie ukrywajmy jest to same zło i to straszne, które jeżeli gdziekolwiek widzimy to reagujmy słowem,gestem czy stanowczym czynem.Po prostu nie udawajmy ślepych sukinkotów, przygotowanych jedynie na medal i dobrą wypłatę z tytułu egoizmu włodarzy tych czasów. Kto wie kiedy i nas coś dopadnie. Czy wówczas przyjdzie nam z pomocą ktoś nieczuły i obojętny. Nie sądzę, chyba,że szczęśliwie nadchodząca pomoc nie będzie nas znać z postawy obojętności.
W gronie bliskim, co by napisać również najbliższym spotkałem się z postawami zaiste pięknymi i niestety jak mówi się potocznie frajerskimi. Naprawdę jednak wielce szlachetnymi i choć niestety nie ma wehikułu czasu, nie boję się to określić rycerskimi. Pomimo,że światem rządzą od zarania w większości, najzwyczajniejsze wyzute z empatii kanalie lub najzwyklejsi cwaniacy, to jednak pośród mężczyzn odnaleźć można zupełnie giaurowskie czy wallenrodowskie osobowości. To oni, a nie kto inny jest specjalista od strzelania sobie samobójczych bramek. Z czego to wynika? Panowie o sercach słowiczych niejeden raz, wykazać potrafili istny pokaz dobroci własnego postępku wobec potrzebujących bliźnich. A słuchy, jak wiadomo, o takim towarowym deficycie rozchodzą się szybko. Istota z członkiem o gołębim sercu, spragniona miłości i zrozumienia, błądząca w matni chorych czasów, jest bardzo pożądaną pozycją damskiego menu. Jak wiadomo kobietom, a mężczyznom jakby to napisać niekoniecznie, to co za scenariusz. potrafi sobie ułożyć niewieścia wyobraźnia, może nie przyśnić się nawet po latach męskim filozofom. To swoisty fenomen kobiecości, że będąc z natury narażoną na fizyczną przemoc, potrafi umiejętnie poprowadzić własną kampanię polityczną, choćby w przeszłości doświadczyła klęsk i upokorzeń. Kiedy liczę na palcach historie męskie, zadaję sobie pytanie, ile czasu potrzebowali oni, aby zupełnie sprzedać własne marzenia i swoją twarz, którą niekiedy latami pielęgnowali w relacjach prywatnych. To niesłychane, jak dalece można zmienić własny wizerunek pod wpływem damskiego kompana. Gdziekolwiek nie spytasz, potwierdza się prawda obiektywna, o tym jakoby mężczyzna spełniając przesłanki typologiczne do upolowania przez kobietę o zabarwieniu romantyczno-etycznym, stawał się przeważnie podniszczonym kapciem w rękach kobiety, pozbawionym większych zdolności do samoistnienia w dotychczasowych stosunkach, w tym o decydowaniu o sobie. Panowie, tu zasadnym wydaje się unaocznienie wskazówek ku przestrodze, aby nie zostać życiowo ubezwłasnowolnionym. Słyszano wiele mądrości w temacie, ale jak dotąd nie znalazło to większego zastosowania. Srogo obrywa ten, kto wtyka bez zastanowienia w mrowisko coś poważniejszego niż zwykły paluszek. Łatwo powiedzieć, jeśli nie uważałeś jak robisz, to rób jak uważasz. Nie czas tu na miliardy różnorodnych uniesień, które ucząc bawią i bawiąc uczą. Przytrafiają się cuda, to i przybyć nas może statystycznie. Normalna rzecz. Grunt, aby te sprawy w końcu ustawodawca zliberalizował,bo nikomu,nie są potrzebne dodatkowe ludzkie dramaty i kajdany na lata jednego miłosnego wystrzału. O zapłacie za jedną nockę i to ściśle ukartowanej śpiewa Irek Dudek w piosence "Oh Ziuta". Czy może być inaczej niż zwiększenie populacji, podczas kiedy ktoś usilnie prosi nas o błogostan w czasie tak zwanych dni płodnych. Wiadomo,że będą z tego plony. Lecz dla kogo Panowie, dla Was nieświadomych aktorów bliżej nieokreślonych czasowo uniesień? Planowanie przestrzenne powiększone o treść artykułu szóstego kodeksu cywilnego. A Wy Szlachto najdroższa, gdzie żeście wtedy byli? W oku cyklonu to jasne. To już w podstawówce dzisiaj powiedzą, chociaż nie ujmą tego w taki sposób. Otóż wypada powiedzieć,że byliście i to dosłownie swoją wiedzą i rozumem w przysłowiowej czarnej dupie, choć nie musiała,ona być właśnie takiego koloru. Z takiego jednostronnego przez niewiasty planowania męskiej przyszłości wypadają czasami szczęśliwe historie,bywają jednak i takie, kiedy wypadają co najwyżej szybciej włosy zestresowanym głowom. W ślad za tym znikają z casusów magnaterii wielu środowisk takie romantyczne postacie,aby usunąć się na stałe w reżim ukartowanych przez bezwzględność kobiecych intryg i wyreżyserowanych w przenośni i dosłownie damskich...posunięć. Niejedno się widziało. Niejedno się słyszało lub zasłyszało. Wtykanie niekoniecznie palca w z pozoru przyjazne środowisko niejedno ma imię. Możemy sięgnąć po kalendarz imion żeńskich, a na pewno prędzej czy później znajdziemy odpowiednią historię, gdzieś z życia wziętą,aby dopasować ją do sprawcy katastroficznego przeważnie w skutkach dla naiwniaka czy nieszczęśnika scenariusza. Historia zna również bardziej zakamuflowane formy manipulacji waletów i królów przez damy. Powstają one na bazie trudno wytłumaczalnych kompleksów i pewnego rodzaju fetyszy. I choć wszystko jest dla ludzi, to zakres ich akceptacji kończy się w momencie kiedy sponiewierany przez świetnie wytresowanego babsztyla życiowy osesek zmienia swój stosunek do dotychczasowych wartości i nijak nie wiedząc jak to możliwe ogranicza się umysłowo. Znany jest przecież model młodopolskiej chłopomanii. Rąbanka pośród klusek i placków słoniny obniża loty intelektualne. Dając w zamian jedynie podtrzymanie na duchu świadomości,że oto teraz znów jest się męskim quasi bożkiem bez kompleksów, posiadając za słuchaczy wybranki, lotne jedynie w dupie,jak zwykła mawiać moja największa, nieżyjąca już przyjaciółka, rodem z pokolenia Kolumbów. Pozostawiając u zarania wszelkich stosunków planistykę jedynie po niewieściej stronie sprawiamy, że będąc z natury płcią słabszą możemy zostać obdarzeni nie tylko niekoniecznie chcianym potomstwem, lecz co gorsza homontem, wiążącym nas powiązaniem ze źródłem rażenia chemicznego, wprawiając w ruch tykot bomby rozsadzającej wszelkie uprzednie pragnienia i marzenia. Co innego kompleksy, tu szczególnie muszą być załamane te szczególnie wartościowe i piękne damy, które rzeczywiście poszukują wartościowych partnerów. Widząc jednak wybranki ich losu na podstawie chłodnej reżyserii z cyklu wtykanie za młodu czy też intryg powiązanych o kompleksy i fetysze, muszą być załamane. Życie toczy się naprzód. Znam wiele wartościowych samotnych lub samych kobiet, które ze smutnym uśmiechem spowiadają się ze swoich wartości i niemocy znalezienia czegoś więcej niż zdrowej brzdąkaniny, bynajmniej nie w katedralne organy. Z rozrzewnieniem wspominają byłych maczo, którzy opowiadali o tym co mogą zrobić im kobiety. Jakże przewrotny los spotkał ich tak wielu, niegdyś bożkowie, dziś nawet nie wodzowie. I o ile na brutalne postępowanie mężczyzn stosunkowo łatwo jest zareagować, o tyle z kobiecą przebiegłością właściwie nie wiadomo co począć. Powiedzcie jak warto reagować na kapcenie się niegdysiejszych zdobywców górskich szczytów czy parlamentów? W głowie słyszę tylko niektóre salwy dramatów zawarte w kobiecych rozkazach wobec zniewolonych przyjaciół, zgodne z dramatem piosenki Shakin Dudi "Oh Ziuta". Panowie, co byście powiedzieli, gdybyście usłyszeli "Nigdzie nie pójdziesz,będziesz obiad gotować". Ja wysiadam. Trzymajcie się. Do następnego.
wtorek, 17 stycznia 2012
Ulica Miasta 1985. 27 lat później.
Nic specjalnego. Rodzi się człowiek. Jest dzieckiem. Rok 1985. Wieczór pewnego dnia, którego nie sposób w pamięci odtworzyć. Czerwony dywan, a na nim przedwojenna mapa województwa poznańskiego, która należała do dziadka, ojca matki, którego się nie poznało. Po latach można pomyśleć, że dziecko stało się zmiennikiem w walce z sobą i innymi o bycie ludzkim człowiekiem. Takie myśli przychodzą czasem do głowy, kiedy pod postacią dorosłego owo dziecko staje przed wspomnieniem jedynie zdjęć tego kogo się nie poznało. Minęli się ledwie o 30 dni. Obok mapy już wówczas wnikliwie studiowanej przez chłopca, stoi radioodbiornik "Ewa" na 6 baterii R-14. Lepione zamknięcie i przymocowana antena, bez której chłopiec nie mógłby słuchać ulubionej stacji radiowej "Trójki". W sobotni wieczór jak co tydzień jedna z ważniejszych audycji w młodym życiu buntowniczego młokosa - "Lista Przebojów Programu III" Marka Niedźwieckiego. Okno na muzyczny świat tamtych lat, dla większości zagnanych do kąta obywateli PRL-u. Nic innego nie interesuje młodego tak bardzo, jak zapamiętany w zeszłym tygodniu utwór zespołu A-ya RL "Ulica Miasta". Nadchodzi moment kiedy przygotowany do nagrywania kabel za chwilę spełni swoją rolę. Dotknięcie dziecięcymi palcami i machina nagrywania rozpoczyna się po zapowiedzi redaktora. Piosenka wtłacza się w dziecinny umysł sprawiając ból, wywołując gniew, wyświetlając oczyma wyobraźni w głowie chłopca widoki znane z odwiedzin u niektórych szkolnych i osiedlowych kolegów. Tam w mieszkaniach u kolegów, gdzie nie widać ustabilizowanej miłości i dobrych relacji, które łatwo przecież przed trzecioklasistami dorośli mogą odegrać, młody człowiek doskonale wie, że to co nagrał wówczas nieznany mu zespół w oczekiwanym utworze, jest sprawą społeczną, sięgając znacznie dalej niż lubońskie mury i kominy fabryk. Jak zdolny potrafi być w obserwacji dziewięciolatek. Wystarczy, aby młody człowiek miał to coś w sobie co sprawi, że nie utonie w plątaninie przedmiotów, które zamiast miłości i wielogodzinnych rozmów wręcza się bez ograniczenia dzieciom w XXI wieku. Ta dewastacja człowieczeństwa prowadzi do wpojenia gadżeciarstwa i nauczenia bycia pępkiem świata, bardzo na czasie w III RP, szczególnie w rodzinach nie będących podmiotem piosenki "Ulica Miasta". Jeżeli więc materialnie sytuowani nie pomogą biedocie wyjść na prostą wielorakimi propozycjami rozwiązań, to świat przemocy i królującego alkoholizmu powiększy się. Po wielu latach dorosły człowiek odtwarza myśli dziecka analizującego rzeczywistość połowy lat osiemdziesiątych. Nie kontrolując emocji chłopiec śpiewa. Sobotni wieczór, typowy na tamte lata w barwach czarno-białego odbiornika zakłóca pozostałym członkom rodziny oglądanie jakiegoś przepuszczonego przez cenzurę filmu produkcji USA. Nie wytrzymali z ciekawości i zaglądają do pokoju "średniego", gdzie chłopiec nagrywa z radia kolejne ulubione polskie zespoły. Wymiana poglądów starszych domowników wieńczy zdanie - "zobacz czego on w tym wieku słucha". Konsternacja, uśmiechy.
Ten chłopiec, pełen empatii, już wówczas nie mógł pogodzić się z niesprawiedliwością społeczną, której nazwę często mógł podsłyszeć z Dziennika Telewizyjnego. Cóż zrobić, aby każdy miał dobry samochód, jakiegoś dużego fiata czy Mirafiori, rower "Wagant", kolorowy telewizor "Rubin" czy "Helios",kochające się rodzeństwo, , nie słyszał w mieszkaniu kłótni przestających się kochać rodziców i nie widział zakresu przemocy pijanych ojców. Te wszystkie świeże wspomnienia jak kalejdoskop przesuwały się, raniąc uczucia i dziecięcy spokój oświetlonego lampami pokoju. Wielu z tych ludzi, którzy tak ostro w okolicy pili wódkę, będąc stałymi tankowaczami i przesiadywaczami baru "Metro"nie ma już na świecie. W pamięci nie zapisali się większości inaczej, niż leżący faceci w białych,ubrudzonych podkoszulkach na ziemi czy betonie. To była owa przewodnia siła narodu klasa robotnicza. Kilku fachmanów zarabiających lepiej niż rodzice dzieci tzw. inteligencji. Co może dziwić, chłopiec zastanawiał się dlaczego w szkole gloryfikuje się na pewnych lekcjach podobnie jak w radio i telewizji, przedstawicieli właśnie tej grupy społecznej. Czy dlatego, że pracowali jako rzemieślnicy?Czy też dlatego, że potrafili tyle wypić? Tok myślenia o tyle śmieszny i poważny, że ten kto nie przeżył choćby tylko dzieciństwa w tamtych latach, może odebrać te wspomnienia niemal jako zapisek z cyklu jeden dzień w renesansie. Były to jednak lata mniejszego rozwarstwienia społecznego niż dzisiaj. Nie dosyć, że nie cofnęły się patologie rodzinne, to jeszcze na dodatek zmniejszyła się ludzka empatia, zwiększając miejsce na tej niezmierzalnej mapie dla krainy obojętności. W ostatnim tygodniach mile zaskoczyła mnie emisja serialu "Głęboka Woda" na tvp2. To od lat niebywały cud, podjęcia próby wskazania przez pudło społeczeństwie istoty problemów, które dotykają je, kąsając znienacka jadowicie sąsiadów, znajomych czy rodziny. Fakt faktem, że ci, którzy nie będą w stanie oglądać tego filmu z wyboru, przełączając na kolejny głupkowaty serialik czy nieambitny show "ludzi znanych z tego,że są znani", nie przestawią swojego umysłu na empatię jeżeli dotąd opiewali jedynie stan własnej kabzy. Próbę jednak jakąś media podjęły. Chociaż prawdę pisząc, przechodząc wśród ludzi słyszę jeśli już, to raczej utrwalone w pamięci nazwiska aktorskich pomiotów. Każdy człowiek ma szansę zrobienia czegoś istotnego w swoim życiu dla siebie i innych. Znam wielu niesamowicie oddanych sprawom ludzi, pominiętych przez rękę sprawiedliwości, za to, co czynią na co dzień. Nie wiem dzisiaj, podobnie jak dziecko nie wiedziało w latach osiemdziesiątych dlaczego tak wygląda ludzki świat. Wszystkim życzę, aby zdążyli otworzyć się na drugiego człowieka, zanim nie będzie za późno. Przecież idąc tokiem zaniechania w każdej chwili każdy z nas może znaleźć się na marginesie, z którego wymazać swoją obecność jest przynajmniej niełatwo. Jeśli mam być szczery, to mój sposób odbioru rzeczywistości jest bardzo spójny z odległymi przemyśleniami. Ten chłopiec bowiem to ja.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
Wspomnienia Faceta czyli Marzenia Chłopaka - Jest gdzieś taki dom
Wszędzie dobrze tam gdzie nas nie ma. Tak mawiał mój Tato, kiedy stanowczo formułowałem swoje poglądy na temat życia gdzieś daleko stąd. Na szczęście człowieka składa się wiele istotnych czynników. Nieodzownie potrzebne jest nam do funkcjonowania zdrowie dzięki, któremu stoją przed nami otwarte lub zamknięte setki możliwości działalności. Poza szlachetnym samopoczuciem ważne jest, aby czuć się spełnionym, a to nie jest przecież wcale takie oczywiste. W toku istnienia podejmujemy szereg działań, wykonujemy różne zadania, tworząc przy tym nieprzewidziane relacje. Tak jak życie długie czy też krótkie, idziemy przez nie, dążąc do zbudowania strefy komfortu, w której czujemy się bezpiecznie. Żyjąc w państwie, które gwarantuje obywatelom niewiele, oprócz możliwości prezentacji swoich poglądów, jeśli oczywiście takowe się posiada i jeżeli nadto nie przychodzą nam do głowy myśli strachu przed utratą pracy, pozycji w danym środowisku, aby tylko jakoś w kompromisie egzystować. Ucieczka czy wyjazd z przysłowiowego "Stąd" jest szansą na przeżycie czegoś nowego, poznanie siebie, innych twarzy przemieszczających się z nami kompanów, nowych ludzi i miejsc. Wszelkie emigracje czy migracje związane są z historią naszego narodu. Mocno doświadczeni nauczyliśmy się przeżyć w ekstremalnych warunkach, opanowując znakomicie grę aktorską i szereg umiejętności mniej lub bardziej przydatnych w życiu. Nic nie jest tak istotne w życiu jak akceptacja samego siebie, tego kim się jest, co wykonuje się w danej chwili. Na bazie pewności łatwiej nam o miłość i szacunek, mając za towarzyszy własną wiarę i nadzieję na zmiany.
Zawsze lubiłem dworce. Ich magia, budynki, perony, światła, ciężkie pojazdy i przemieszczający się z miejsca na miejsce ludzie, sprawiali, że doskonale zdawałem sobie sprawę, że oto jestem w miejscu, z którego mogę wyruszyć "Stąd". Wszystko nowe i inne może rozpocząć się w miejscu być może niekoniecznie romantycznym, za to iście wyjątkowym. Wiele podróżowałem pociągami po kraju. Nieco mniej w krajach ościennych i wyspie, na której spędziłem niemal trzy lata życia. Wszystkie podróże, zarówno te zwyczajne, którymi przemieszczałem się codziennie do pracy i do lokalu mieszkalnego, jak i te z założenia radośniejsze podczas zaplanowanych wycieczek, zapisały się wyraziście w mojej pamięci.
Jest jednak taki skład, który wspominam szczególnie. Kiedy jechałem nim ponad dekadę temu nigdy nie przypuszczałem, że będzie to moja ostatnia rajza tą trasą. Każdy kto jeździł pociągiem relacji Poznań Główny - Międzychód przez Pniewy Szamotulskie wie doskonale o co mi chodzi. Piszę o tej linii, ponieważ z kimkolwiek kto jeździł nią, nie sposób wyszukać takiego, który nie wspominałby mile podróży przeważnie składem z piętrusami, rzadziej przedziałami. Wspomnienia piękna rzecz. Wracają czasy sprzed lat, bardziej beztroskie lecz równie trudne. Człowiek nosi sam w sobie radości i problemy. Na tamten czas najistotniejsza była, podobnie jak i dzisiaj jest, miłość wpleciona w gorący związek z przyjazną kobietą, od której uczucia wznoszę się w błogostan ciała i umysłu. Podróże pociągiem do Międzychodu miały szczególną wartość krajobrazową, estetyczną, ludzką, a patrząc na aspekt prędkości jaki rozwijał skład czasami również ekstremalnie młodzieńczo zwariowaną. Ten ledwie 90km odcinek pociąg pokonywał w ponad dwie godziny. Dzisiaj czas biegnie jakby szybciej, coraz mniej go w nas samych, niewiele dajemy go innym, naładować się jego energią od innych równie ciężko. Patrząc na dzisiejszych pasażerów raczej piorun ze złości by ich trafił, że gdyby mieli auto to mogliby w niecałą godzinę zameldować się w przedwojennym granicznym z Rzeszą mieście Polski.Uśmiecham się z nostalgią. Te niemal zawsze dwie godziny z kwadransem, choć bywało i dłużej były swoistym rytuałem. Kto wtajemniczony ten wie, jak mogła w doborowym gronie wyglądać podróż takim pociągiem. Coś na pozór zwyczajnego mogło urosnąć do rangi przygody w wyjeździe do Puszczy Noteckiej. O atrakcje przecież nie było trudno. Takie to były czasy, że samemu można było zorganizować sobie do plecaka kilka flaszek Ratuszowego, Lecha czy Regenta. Zdrowa wałówa wrzucona na ruszt potęgowała wzajemną ochotę zwiększenia spożycia alkoholu. Mnie częściej przychodziły na myśl marzenia o wielkim uczuciu niż o przetarciu nosa o poręcze z przepicia. Bywało różnie. Tęsknota za wolnością, nieznaną przyszłością sprawiały, że człowiek cieszył się z prostych rzeczy jak rozmowy z ludźmi, wspólne przegryzanie kanapek czy ciastek, o goryczy chmielu czy drożdży nie wspominając. Mając w sobie radość z prostoty można było przenosić góry i chyba za jej smakiem najbardziej mi tęskno. Wówczas jadąc zapomnianym składem marzyła mi się taka wielka, ale to naprawdę taka niezmiernie piękna miłość. Tego kwiatu to pół światu mawiał na moje smutki Tato. Uśmiecham się. Myśląc przede wszystkim sercem, a rzadziej i nieśmiało grającymi hormonami przyjmowałem te słowa jako coś zupełnie oczywistego lecz nie budującego. Naczytał się człowiek różności to i marzył o piorunie jaki powalił Michaela z Ojca Chrzestnego. Tymczasem w składzie bywało różnie i widziało się to i owo. W pamięci utkwił mi widok z sierpniowego wieczoru. Pociąg był niemal pusty. Nie obawiałem się więc, przy otwartych drzwiach wagonu, założyć na uszy słuchawki walkmana firmy Sony i włączyć kasetę kolegi z płytami SBB "Welcome" i "Fallow My Dream", który już na dobre bawił się z naszą paczką w oddalonym nieco od Międzychodu Kaplinie. Migotały gwiazdy, księżyc świecił. Skład jechał wolno pośród pól i lasów. Można było poczuć unikalny zapach koszonego zboża, gdzieniegdzie w dali migotały światła Bizonów i fizjonomie kończących pracę rolników. Głowy nie dam, że właśnie wtedy naoglądałem się najwięcej saren i lisów wieczorową porą. Wyjątkowość zawiera się w pięknie podróży, z której jak widać i do dzisiaj nie wyrosłem. Chcąc, aby odpoczęły mi uszy zdejmowałem słuchawki, jak na tamte czasy niezwykle kosztowne, lecz jakże rewelacyjne wersje mikro wkładane do uszu. Powietrze czyste, a woń łąk i skoszonych pól sama w sobie wywoływała radosny uśmiech na twarzy, kojąc tęskniącą za kobietą chłopięcą duszę. Wtedy za określenie chłopak uraziłbym się. Dzisiaj z lekkością przychodzi mi właśnie tak określić siebie z tamtych lat. Z pamięci nie mogę wymazać przyjazdu do Pólka. Wsi tak mało istotnej, dla nawet rodowitych Wielkopolan, że wspomnienie jej wywoływać może zdziwienie. W rzeczy samej uderzyły mnie dwie myśli. Pierwsza związana z małym tekturowym biletem z dziurką w środku, na którym była napisana trasa Poznań-Międzychód nie przez leżące niemal pośrodku Pniewy z dodatkiem Szamotulskie jak było napisane, na budynku pniewskiego dworca, a przez właśnie Pólko. SBB grało i grało, a Ratuszowe się spokojnie lało do ust i degustowało. Stacyjka oświetlona była jak zwykle ledwie kilkoma lampami i tego wieczoru zaskakująco olśniewająco urodziwą zjawą. Miała długie brązowo-rudawe włosy, średni wzrost, wdzięczące się do tej brzydszej połowy świata piersi, zawiązane jedynie w kraciastą biało-czerwoną koszulę. Krótkie jeansowe spodenki koloru niebieskiego i delikatne brązowe skórzane sandały. Nie wiem ile lat mogła być ode mnie starsza. Ja dobiegałem pełnoletności, ona mogła być po dwudziestce. Tak czy inaczej rzeczywiście była ozdobą stacji. Kiedy wsiadła do innego wagonu, aż mnie rozpierała energia, aby przejść się po pociągu, co było sprawą najzupełniej normalną, ale jakiś wewnętrzny głoś mówił mi, żebym sobie odpuścił wszelkie próby tego co większość lubi realizować wiedziona chyba jakimś wiosenno-letnim zewem natury. Te parki wiosną, były dla mnie banalnie prosto związane z przyrodą i wywoływało wszelki komentarz, na temat typowych ludzkich przejawów wiązania się w pary. Stąd wiadome było dlaczego otacza mnie tyle zodiakalnych Koziorożców i Ryb. To daje mi do dzisiaj swoistego kopa do dyskusji dlaczego jest w życiu jak jest. Jeśli naraziłem się komuś, przepraszam serdecznie. Nie było wiosny, a lato dobiegało końca. Myślałem, znowu tego roku przyjdzie mi samemu bić się z samym sobą. Ten kto mnie zna od dekady nie wie nawet, że blisko dwie dekady temu nie potrafiłem poradzić sobie z tęsknotą do uczucia. Z czasem, po latach, obrodziło i to aż do niebezpiecznych rozmiarów, ale to tak nawiasem. Zrezygnowany usiadłem z powrotem na ziemi, otwarłem drzwi od wagonu. Skład toczył się wolno, zupełnie tak jakby tej nocy nie miał dotrzeć do punktu docelowego. SBB wzmagało moje tysiące myśli, szczególnie zaś lubiłem przewijać na utwory "Reanimation" i "Walking Around The Stormy Bay". Otwarłem ostatnie trzecie piwo, chcąc nieco wyłączyć się z otaczającej mnie, aczkolwiek pięknej w samotni odbioru turkotu nocy. Sączyłem gorycz Ratuszowego chcąc zabić smak goryczy bycia jak to się dzisiaj mawia solistą. Rzadko co kilkanaście minut przechodził któryś z wędrujących pasażerów, wśród których możliwe, że czaili się mali złodziejaszkowie czy krętacze. Zaraz za Pniewami konduktor opieprzył mnie za otwieranie drzwi,a widząc w ręku piwo zezłościł się zdrowo. Byłem spokojny więc zaraz odszedł bo do wagonu w Pniewach weszła grupka uszczęśliwionych kibiców. Sokół wlał Górnikowi Zabrze 1:0 miejscowi mieli więc co świętować. Mnie także zrobiło się jakoś raźniej na duszy. Była to kilkuosobowa grupka facetów po dwudziestce. Myślę, że prędzej zainteresowałby ich smak piw, niż muzyka grającego mi w słuchawkach bandu Józefa Skrzeka. Tak. Znów poczułem się w mniejszości. Czegoż ci ludzie dzisiaj słuchają, bambusów z cyklu Dr Alban czy tego drugiego łapciucha, którego już ksywę dawno zapomniałem. Zaraz jak to szło..."pięć ciastek" czy jakoś podobnie. Dopiero z czasem zrozumiałem, że tamta muzyka miała jeszcze może nie większe wartości, ale biła na łeb obecnych gadaczy i wyjców typu Ruhana. Mała wrzawa w wagonie na piętrze obok i zdarzył się cud. Kasztanka okazała mi się z bliska. Nie wytrzymała i przyszła do wagonu, którym jechałem. Jak zawsze w dolnej partii, skąd jeśli nie otwierałem drzwi wagonu lepiej oglądało mi się życie zza okien. Uśmiechała się do mnie i widać było, że coś jej wpadło w oko. Najprawdopodobniej były to moje bardzo długie włosy. Zapytałem dokąd jedzie i usłyszałem, że do Mierzyna. To dość nieciekawe jak dla mnie i wielu moich znajomych miejsce, miało raczej oddźwięk związany z hałastrą jeżdżącą na bijatyki na dyskoteki i rodzinki z dziećmi, w tym zagubioną wskutek nadopiekuńczości mamuś i tatusiów młodzież. Cóż, nie dałem po sobie poznać, że zaskoczyła mnie jej odpowiedź, bo urody była przedniej. Pachniała jakimiś melonami, podobny zapach miałem okazję pokochać w późniejszym życiu. Retrospekcje dekodują mi skutą smutkiem rzeczywistość. Błogosławię więc za tę cechę swoją pamięć. Znów uśmiech pojawił mi się na licu. Te brązowe kręciołki dodawały jej takiego uroku, że aż czuło się narastające we mnie dziwne napięcie. Pociąg turkotał, a my rozmawialiśmy. Kiedy nachylała się widziałem jej dwa cudowne atrybuty. Byłem niezwykle zadowolony z jej towarzystwa, bowiem okazało się, że jest studentką weterynarii, a o muzyce wiedziała dużo więcej niż znane mi dziewczęta. Kompletnie powaliła mnie wspominając o Deep Purple, Led Zeppelin oraz TSA i Tadeuszu Nalepie. Tak, tak. Podróż mogłaby trwać, bo czułem szum w uszach i śpiew duszy typowy dla mizerot romantyków. Za Prusimiem zacząłem zastanawiać się jak będzie dalej. W Międzychodzie na Dworcowej zaraz po wyjściu z pociągu rozwiano moje nadzieje. Nie wiem sam, na co liczyłem, chyba na jakiś cud. Tymczasem zieleń wojskowego Ułaza i widok 4 osób ubranych po mojemu skromnie rockowo uświadomiła mi, że ta kobieta do kogoś należy. Proponowano mi podwózkę. Zrezygnowałem podając powód, że ma po mnie ktoś przyjechać. Magdalena odjechała, a wraz z nią rozwiał się skład nieistniejącej już dzisiaj linii kolejowej do Międzychodu. Pomyślałem, pewnie jest gdzieś taki dom, w którym ona czeka na mnie. Tylko gdzie, myślałem lekko wstawiony, choć nie było po mnie tego widać.
Żal, że wszystko tak szybko mija. Mnie pozostanie na zawsze sentyment do dawnych lat, miłość do muzyki i uwielbienie do kobiet. Co najpiękniejsze dopiero po latach okazało się, że ulicami tegoż Międzychodu spacerowała samotnie poszukując miłości moja Żona. Gdybyśmy się już wówczas spotkali, kto wie jaki byłby teraźniejszy scenariusz. Siadamy czasem wspominając Gród Gruszy i piękno jej okolic. Dawne sklepy, po których nie ma dzisiaj śladu, drzewo nad jeziorem, na którym huśtała się masa dzieci i młodzieży, hotel "Pod Białym Orłem". Ja zaś dodatkowo ten dworzec i ten piętrus, gdzie wiele pięknych chwil zaczęło się i skończyło.
sobota, 14 stycznia 2012
Hymn Prawego Człowieka - Musisz Walczyć Musisz Wierzyć
"...Musisz walczyć żeby przeżyć. Żeby przeżyć kilka marnych chwil. Musisz wierzyć choć nie wierzysz w to, że będziesz lepiej żył. Taki nędzny zgotowali los i czy coś się zmieni nie wie nikt..."
Nie sposób zrozumieć dlaczego. Nawet nie próbujmy. Zastanawiam się czy ktoś zakpił sobie z nas Ziemian czy też sami sobie kpimy z siebie i przede wszystkich innych. Nie wiem gdzie szukać odpowiedzi na zagadnienie skąd taki scenariusz zapanował na tej planecie i to wśród istot mieniących się ludźmi. Nie zamierzam przyjmować retoryki górnolotnej, bo jeśli przyjmę ją dla świętego spokoju to zaraz przyłączę się do tej tak zwanej większości w Polsce, a więc tych, którzy w zamian za akces do tej komuny, nakażą mi uwolnić się od wolności myślenia i postępowania. A ja nie chcę piętnować innych wspólnot religijnych, ludzi o innej orientacji seksualnej czy innej barwie skóry.
Za punkt rozważań, a czasem walki na słowa i czyny przyjmuję inne kryteria. Wypowiadam wojnę zmanierowanym środowiskom, które uległy degeneracji wskutek nadmiaru władzy, pieniędzy, a przede wszystkim w oparciu o brak ludzkiej empatii i dalekowzrocznej wyobraźni. Ten konflikt noszę w sobie i samoistnie wyzwala się w moich słowach, rzadziej czynach, bo tak naprawdę wszystko co związane z piętnowaniem zła może przejawiać się w reagowaniu na głębokie oznaki krzywd jakich stajemy się świadkami na co dzień. Wielu z nas pozostało obojętnymi na zło z powodu strachu jaki paraliżuje utratę czegoś, co stanowi podstawę bytu nas samych i naszych najbliższych. W obrzydliwych zasadach, gdzie hipokryzja stała się królową Polski dostrzec można paradoks niedzielnych spotkań w miejscach kultu religijnego. Co tydzień w niedzielę i w każde święta, widać rzesze sunących na msze rodaków. Pośród nich dziesiątki tysięcy sprawców nieszczęść wobec innych ludzi, swoich rodzin, podwładnych w zakładach pracy, mniejszych braci, na których wyładowuje się własne kompleksy. To oprawcy mordujący dla własnej przyjemności. Szczególnie groźni.Na mszach pojawia się jeden czy drugi kat. Ukrytą kamerą można zarejestrować jak wali się pięścią w piersi przyznając swoje winy, a czyni to przeważnie po to, aby w poniedziałek ponownie rozpocząć niegodne czyny wobec słabszych i niewinnych. Po cóż więc ta cała maskarada, służąca jedynie wrzuceniu dobrowolnych podatków na tacę i samouspokojeniu własnych umysłów, że to co się czyniło w poprzednim tygodniu było nie do końca prawe. To jest Drodzy Państwo niekończący się absurd. Spotykałem również i takich, którzy szli do świątyń, aby prosić o klęski osobistych wrogów, mając w głowie gamę pożądanych rozmaitych nieszczęść. Nakręcanie się w najmniej przyzwoitym kierunku licząc w nadziei, że kiedy już coś się komuś złego stanie to wypowie się dobrze nam wszystkim znane te słowa - widzicie, bóg go pokarał. Przecież nie o to chyba w tym wszystkim chodzi. Dramat.
Żyjemy średnio raczej niedługo, biorąc pod uwagę naszą wiedzę, a także osobiste doświadczenia. W każdej chwili możemy zostać zakopani w zimnej ziemi. Nie powiemy już nikomu niczego wartościowego, nie zrobimy więcej nic, aby wywołać uśmiech na twarzach bliskich. Nasza obecność jest tak krótka, a mimo wszystko wielu, jeśli nie większość, których nie potrafię zrozumieć, nie wnosi niemal niczego wartościowego do swojego istnienia. Nierówno zostaliśmy obdarzeni przez los umysłowo, fizycznie czy biorąc pod uwagę zasobność materialną i międzyludzkie wpływowe koneksje. Tu grzmię szczególnie w sprawie obrzydliwie bogatych środowisk i bezstresowych kręgów świętych krów, których relacje bronią przed wszelaką odpowiedzialnością za zbrodniczą działalność wymierzoną przeciwko zwyczajnym ludziom. "Człekowstręt tryska z moich ust parszywych krain" - Roman Kostrzewski. Zgadzam się z Romanem wiedząc jak bardzo mogę zgorszyć cotygodniową większość świętuszących w imię jeno tradycji i tak naprawdę ślepej, nic nie wnoszącej klepaninie. Przy czym, moim zamiarem nie jest obraza majestatu prawdziwie wierzących rodaków. Jeśli to co mówicie czynicie naprawdę zbieżnie przez cały tydzień, jeżeli wypowiadacie własne deklaracje po to, aby dać zadość tradycji, której celem jest dobro własne i bliźnich. Każdy ma swój rozum i powinien wiedzieć co i dlaczego robi. Źle się dzieje, jeżeli motywem przewodnim życia stają się sprawy zdobycia władzy w danym środowisku, gdzie hołubi się zasadzie cel uświęca środki. W zasadzie któż z nas nie padł przynajmniej jednokrotnie od uderzenia tego brutalnego narzędzia. Rany zadane wskutek takich ciosów pozostawiają nieodwracalne ślady w sercach. Można poddać się i ugiąć pod cięciami zadawanymi poniżej pasa,aby liczyć potem na akt łaski napastnika. Ulegając, dajemy nie tylko satysfakcję złu, które wcieliło się w ludzką postać. Oddajemy przecież jakże ważne sfery własnej przestrzeni życiowej, w której żyją w nas, na co dzień nasze największe wartości - osobisty honor, godność i cnota. Agresor zagrabiwszy nam najcenniejsze świętości, sprowadza nas do parteru, skąd niedaleka droga na bruk. Ile razy upadliście bez walki i wiary w siebie i prawdę, której byliście strażnikami czy bliskimi świadkami. Jeżeli tak było to zaniechaliście, zapomnieliście i zdradziliście siebie i ufających Wam ludzi. To klęski, które nigdy nie powinny odbyć się bez walki. W tym także bez dyplomatycznych prób rozwiązań dialogu ze złem, aby zaprzestało posuwać się jak śmierciodajny rak pożerający zdrowe tkanki. Porażka ma jedynie usprawiedliwienie jeżeli wynika ona z klęski jaka wystąpiła po próbie przeciwstawienia się jej. Jeżeli zło zwycięża to z czegoś to wynika. Jak dla mnie dlatego, że większość z nas idzie za korzyścią materialną. Sprzedać się nie problem przecież. Dlaczego zatem piętnuje się prostytucję, skoro codziennie dokonuje się powszechnie akceptowalnego łgarstwa za marne pieniądze czy splendor w postaci podania ręki od możnego obywatela czy przełożonego. To najgorsza forma kurestwa z jaką spotykać się można, dzisiaj już niemal w każdym zakładzie pracy, urzędzie i ulicy. Wystarczy zamilknąć w strachu, aby stać się zwyczajnym obciągaczem. Mając świadomość, że wszystko ma swoją cenę, poddaję pod ocenę zapytanie, za ile groszy sprzedaliście kiedyś siebie lub zaniechaliście pomóc innym. Tu przeważnie zasadne jest wskazanie każdej stronie jakiegokolwiek stosunku agresji, że życie bywa przewrotne. Dzisiejszy magnat, zachoruje na zawał i zdechnie nagle jak knur, którego taśmowy popieści w rzeźni prądem. Zimowy kłamca, jesienią zostanie powalony własną bronią fabrykatem prawdy. Kadencyjny urzędnik popłynie po czterech latach ściekiem do krainy zapomnienia. Nie musi tak być i zło pod ludzką postacią wie o tym dobrze. Dopóki bowiem nie wytacza się wojny zbrodniarzom, dopóty tworzą oni monolit, którego bronią jest pieniądz i władza, a zbroją zbiorowe kłamstwo.
Tadeusz Nalepa potrafi w zaledwie kilku zdaniach zaśpiewać blues, który ja rozbebeszam, pokazując jak niekończącą się ideę stanowi fakt otwarcia serc i wszystkich zmysłów na otaczające nas nieszczęścia zdrowotne, wypadki. Myślę, że w tym także zawierają się wszelkie zamierzone zamachy i spiski. Nie śni się nawet zakres niedobra i złośliwości. Takich statystyk zapewne nie sporządzi nigdy żadna instytucja czy służalcze media. Na to, na co nie mamy wpływu, a więc na upływ czasu, a wraz z nim naturalną kolej rzeczy powszechną śmierć zastawmy w spokoju. Kto jak kto, ale Biała Dama nadejdzie i zabierze każdemu tchnienie. Ważne, aby nie pozostawiać swojemu biegowi upadku, którego w każdej chwili można samemu doświadczyć. Bierność wzmaga jego głębię. Toń kończy się mętnym dnem, gdzie piaskiem jest choroba duszy zwana niemocą, a mułem niewiara unosząca swe ofiary w matni. Trzeba walczyć, aby żyć, choć często jest to ledwie mgnienie w historii ludzkości. Zaznaczyć warto się czynami, bo pustosłowie nie jest lekarstwem na jakąkolwiek zapaść. Szczególnie doskwiera świadomość, że zupełnie ulotne są związki osób tworzących szerokie grupy czyniące dużo pozytywów, nawet w ramach wypoczynku. Młodość ma tę zaletę, że starsi mają za zadanie wyręczać następców z problemów utrzymania się w zdrowiu i spokoju podczas zwyczajnego biegu czasu. Ta naturalna kolej rzeczy ma często swój koniec w brutalnym zetknięciu się zdrowych junaków z brutalnymi pałami, które doświadczą na własnych duszach i głowach zmierzając się w znoju, pracując za skąpy ekwiwalent, tracąc cenny czas wieku młodego, przeważnie postrzegając już absurdalność realiów z teorią jakiej trzymali się latami. Tu nieoceniony wkład w gwałty na życiowych dziewicach ma stara wykwalifikowana kadra dorosłego życia jaką spotka się najpierw na uczelniach, a potem w pracy. Szkoda ma tę szczególną trwałość, że swoim zakresem jest znacznie bardziej widoczna niż jej nemezis dobro. Zintensyfikowanie wiary w siebie i innych ma za zadanie stworzenie więzi za pomocą, których nie pozostaje się samemu na polu często beznadziejnej walki. Skoro powołano nas do życia pomyślmy czasem co zrobić z tą batalią, od której to nie sposób uwolnić się inaczej niż poprzez unicestwienie jej. Zło same w sobie nie istnieje. Podobnież dobro. Te dwa pierwiastki są w każdym z nas. Przechylając szalę na tę pozytywną stronę dajemy szansę przyczynić się do wyrwania niepożądanych chwastów w ogrodzie. Tu zrodziła mi się na gorąco myśl, że w rzeczy samej nasze życie jest właśnie takim ogrodem, w którym rosną rozmaite dobra. Dla samej przeciwwagi los sprawił, że wraz z dobrem pojawiły się również trucizny zabierające tlen i powoli mordujące życiodajną radość. Czy chcecie żyć w takich środowiskach, gdzie wszystko jest zachwaszczone i zarobaczone czy też Waszym celem jest spokojny relaks pośród cudu natury. Ziemia nie jest rajem, a wręcz może okazać się, że stanowi w zasadzie piekło. Nic więc nie ziści się samo. Wszystko powstaje za pomocą mocy sprawczej jaka tkwi w jednostce i zbiorowości. Dając przyzwolenie na zakatrupienie świata, w którym funkcjonujemy, dajemy zielone światło, aby samemu rychło sczeznąć. Dopóki żyjemy walczmy o lepsze jutro z wiarą w siebie i tych, których kochamy i szanujemy. Obojętnymi zdążycie być zawsze. Pod ziemią.
środa, 11 stycznia 2012
Jedź ostrożnie, nie popędzaj kół czyli każdy ma swój czas i rozum
"...Po prostu nie można się poddawać najprościej mówiąc. W takich sytuacjach. Tak muszę walczyć. Każdy z nas musi..." (2:27-2:37) - Tadeusz Nalepa.
Zaczynam dzisiaj nietypowo, najpierw od cytatu z wywiadu z Mistrzem Polskiego Bluesa,aby tradycyjnie skupić się na przesłaniom piosenki.
Każdy z nas naoglądał się wiele w swoim życiu. Prywatny kalejdoskop wspomnień wpływa na nasze codzienne przemyślenia.
Widzieliśmy przecież na świecie wiele piękna, przeciętności i nieszczęść. Cóż więc z tego powinno wynikać?
Podziw i radość dla i z piękna. Racjonalizm i postępowość widząc szarugę leniwej i nietwórczej przeciętności. Przewartościowanie mowy, myśli i uczynków przeżywając osobiście lub przyswajając otaczające nas nieszczęścia.
Nie mam złudzeń, że wielu okrzyknie mnie z ironią tylko mianem filozofa. Pewnie, lepiej usiąść w laczkach przed pudłem i zacząć ćwiczyć kciuk na pilocie. Zaraz w tivi przecież puszczą ulubione programy. Seriale typu "M jak marazm", "Glan" czy "Pięknula". Ależ to jest dopiero olimp zmysłów! Można posłuchać o prawdziwym życiu. Nie takim jak ma córka czy sąsiad. Zobaczyć wybitne aktorstwo rodem z jarmarcznej Wyższej Szkoły Aktorskiej w Porażu. Mnie wystarczy kilka minut, żeby poczuć rozżalenie i poirytowanie. Kiedyś usłyszałem słowo - bydło. Nie zgodzę się. Nie mogę i nie chcę. To byłby naprawdę komplement. Z bydła jest pożytek. Nie widzę zbieżności i logiki w nazywaniu mieszkańcami obór codziennych spektakli medialnych. Poziom poniżej poziomu. Zbliżamy się do dna intelektualnego. Kreuje się i mówi o zupełnej mierności i może,ale to już maksimum, przeciętności. Natomiast wielu naprawdę fantastycznych i wybitnych osób pozostaje w głębokim cieniu, bez szans na zaistnienie lub co równie godne napiętnowania, wskutek braku chęci uczestnictwa w medialnej prostytucji zamierzonym zapomnieniu. Zatem użyteczne bydło czy zamierzona działalność mająca znamiona przestępczości przeciwko rozwojowi kulturalnemu społeczeństwa i jednostki?
Każdy z nas ma swój czas. Niepowtarzalny wykres, w którym można zapisać się wartościowo dla siebie i innych. Jestem ciekaw scenariusza, w którym kilkanaście bubli pseudokulturalnych przestaje być akceptowane i znika w cieniu nicości.
Cytując Tadka znacznie poszerzam sens jego wypowiedzi. Każdy z nas powinien pracować nad zmianami na lepsze. To walka ludzka o wszystko,od podstawowych potrzeb, o jakich niektórzy nie mają nawet pojęcia, bo są niedoświadczeni lub ślepi i obojętni na ludzkie problemy, po ustanowienie spraw złożonych o jakich się nawet większości nie tylko, że nie śni,ale nawet nie przyjdzie do głowy.
Życie jest podróżą w czasie. Jedni z nas jadą przez nie ledwie hulajnogą, odpychając z trudem każdy nadchodzący kwadrans. W takim życiu trudno o czas na radosne refleksje. Ludzie próbują podnosić się z łopatek chorób, które ich paraliżują. Tamują rany pokaleczonych kolan w toku ciężkich upadków osobistych i zawodowych, którymi szlifują poziom swojego istnienia. Jakież nasuwają się wnioski. Bliscy upadku ludzie przetrwają, dzięki sensowi życia jaki nadadzą sobie, a słabsi utoną w odmętach nicości. Wszystko tylko nie to. Przeżyć życie, aby odchodząc nie czuć spełnienia się w jakiejkolwiek roli, którą dała nam niewidzialna ręka tzw. Wypadkowa. Drudzy, tu powracam do powyższego podziału, jadąc przez swoje życie podróżują samochodem, jak śpiewa Tadek "...możliwości Twoich Rolls - Royce jest..." Każdemu porządnemu Człowiekowi życzę, aby jego poziom kulturalny mógł odzwierciedlać się w bezpieczeństwie jego rejsu przez życie, tak by, komfortowo i stabilnie czerpał radość z umiejętności obserwacji otoczenia,aby nacieszyć się mógł gamą smaków prostoty piękna. Wszelkiej maści ograniczonym jełopom życzę umiejętności nauczenia się zauważania bliźnich i autoreformacji swojego pustosłowia. Przeważnie bowiem, absurdem rzeczywistości stało się,odwrócenie biegunów, gdzie w przepychu żyje margines twórczości kulturalnej, za to mamy cały szereg zmanierowanych sukcesami skisłej od nieużyteczności śmietanki tzw. szpeców od zakupologii. Ten właśnie krąg intelektualnych wydymańców staje się głównym motorem napędowym produkcji pseudonośników kultury. Smród sera pleśniowego, jest mi przyjemniejszy.
Każdy z nas powinien pamiętać o tym, że gdzieś napotka przydrożną kapliczkę. Wszystko po to,aby jechać przez życie ostrożnie,aby nie popędzać kół. To co nazywam zmanierowaniem często wynika z dobrobytu i niedorozwoju umysłowego, wskutek braku zwykłych doświadczeń. Znając takich, którzy uniknęli przymusu walki o podstawowe potrzeby, należałoby uświadomić, żeby docenili swoje położenie,by nie szukali możliwości podkręcania prędkości na liczniku. Tak jak z głupoty lub znudzenia szukają atrakcji,zamiast odnaleźć się w życiu, najpewniej zrobią przy tym innym i sobie nieodwracalną krzywdę. Jest tyle cudownych możliwości sprawienia innym i sobie jednocześnie radości, że zaiste nie ma żadnej przesłanki, aby zapominać się i poszukiwać dróg na skróty. Zazwyczaj prowadzą one do szybkiej katastrofy, choć być może w zamierzeniu miały przybliżyć cel jazdy. Każdy z nas kto wychował się w zdrowym środowisku zapewne niejeden raz przeżył i wciąż doświadcza piękna-szarości i okropieństw jakie są na półkach niczym lekarstwa w aptece. Najważniejsze,aby każdy z tych stanów stanowił lek na poprawę pielęgnacji myślenia, wdrażając szereg działań podtrzymujących euforię odbioru realiów, po umiejętność łyknięcia w nieszczęściach innych gorzkie antidotum opamiętania, od wszelkich głupot i godnych napiętnowania działań lub zaniechań, włączając w to nieszczęśliwe sformułowania i wszelkie osądy życia innych. Te właśnie kapliczki, o których śpiewa Tadek są w życiu każdego z nas. Mają nas bezpiecznie wieść do celu, wyzwalając w nas rozsądek i pokorę, przypominając o własnych błędach i krzywdach jakie wyrządziliśmy,aby mieć refleksję podróżując przez życie. Na własne oczy kilkukrotnie widziałem zdarzenia, gdzie zupełnie niepotrzebnie koniec zwieńczony mógł zostać słowami ostatniej zwrotki - "...Widzisz tu kapliczka stoi. Pewnie jeszcze szybszy chciałeś być. Widzisz tu przy drodze twojej, już nie zdążysz, nie zobaczysz nic. Zabierają kupę złomu. To był Rolls-Royce możliwości twych." Tak. Niestety. Codziennie mają miejsca wypadki i nieszczęścia, treścią bezpośrednią komunikacyjne, ale przecież nie tylko te. Wiedząc doskonale kim i czym jesteśmy często przyspieszamy, aby zniknąć na poboczu normalności, pociągając za sobą cały nasz świat, obarczając najbliższych zbędną traumą.
Jest więc sens, aby pozostała przedwcześnie z tego tylko kupa złomu?
czwartek, 5 stycznia 2012
Znam Cię Życie - czyli pewność niepewności
Życie.
Przyzwyczaiłem się do niego. Wiem, że istnieję. Jednak czy rozumiem ten fakt permanentnie?
Przydadzą się wczas, miłe gesty pokornych lecz otwartych bliźnich, co by nie powiedzieć, nie tchórzliwych ludzi. Nie trzeba słuchać szczególnie krzykaczy wszelkiej maści, a unikać jeżeli to możliwe napinaczy. Ci z pewnością powiedzą nam jak żyć. Co jest dobre, a co podłe.
Ja proponuję głębokie zastanowienie w ten czwartkowy wieczór.
Kiedy nadszedł taki moment w Waszym życiu, aby powiedzieć, że znacie życie, rozumiecie jego sens i interpretujecie właściwie sygnały jego zmiennego wykresu?
Próbujesz zamknąć drzwi do Twojego umysłu i wyłączysz myśli, aby skutecznie przerzucić je na jakiś prosty kanał muzyczny, jak to mawia kwiat młodego pokolenia z czarnymi nutkami i wiecznie z bujającymi się prezenterami kreującymi się na wybitnych dziennikarzy.
Czy to jest kultura? A jeśli nawet w pewnym sensie tak, to jaka jest jej jakość i cóż ona może mieć wspólnego ze słowiańską duszą?
Kiedyś kiedy paliłem, pewnie już odpaliłbym papierosa. Najpewniej Lucky Strike. Nic straconego, zaraz wleję do ust w siebie zamiennik. Może zaszkodzi mniej.
Prawdziwa muzyka, broni się sama. Jest ponadczasową wartością, a pewni Artyści tak umiejętnie tworzą jej niewidzialną strukturę, że ta zdobi nasze dusze dźwięczną biżuterią. Chciałbym kiedyś sam spróbować dać z siebie coś, co będzie znaczącym wkładem dla rozwoju takiej formy muzycznego jubilerstwa. Chcieć to móc, ale często brakuje sił. Wystarczy nie spotkać w swoim życiu właściwego zapalnika,a towarzyszące każdemu z nas kompleksy i nieokiełzane lenistwo natychmiast zaatakują zdrowe, twórcze odruchy.
Efekt. Spójrz w lustro Człowieku.
"Znam cię życie. Znam już wszystkie chwyty twe . Znam oszustwa, nie zaskoczysz nimi mnie. Tak wiem, że prawdą, że prawdą dziś nie wygra nikt".
Tak ujął chwilę pracy myśląc nad własnym życiem Tadek. Jak to jest z Wami? Czy możecie powiedzieć, że to prawda, iż nie zaskoczą Was oszustwa? Czy znacie wszystkie chwyty czające się w cieniu życia już na waszych szyjach? Czasem dochodzę do podobnych wniosków. Myślę, że nic i nikt nie jest mnie w stanie zaskoczyć. Obym się mylił kiedy nagle ktoś poda mi ponownie swoją dłoń. Będzie to wielkie zaskoczenie,a najpiękniej przeżywa się je w zgodzie z przysłowiem, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Jest Was naprawdę wielu i choć częściej nie jesteśmy ze sobą niż moglibyśmy, szukając wszelkich wytłumaczeń, aby trwać w szarym odosobnieniu, to wiedzcie, że z tego miejsca dziękuję Wam za chwile kiedy wnieśliście pozytywną inność, wpisującą się w codzienne szare kłamstwo. Ileż to razy deklarowaliśmy pomoc i ileż razy słyszeliśmy pustosłowie zrodzone z miecza egoizmu i kądzieli przebiegłości. Nie należy jednak tracić wiary przede wszystkim w siebie i swoje Ostoje, którym ufamy. Ktoś jeszcze poda tę dłoń, której i my nie cofniemy.
"Znam cię życie. Znam już wszystkie myśli twe. Znam twe kłamstwa. Już nie zdziwisz nimi mnie. Tak wiem, że prawda to nie szyi głaz".
Potrzeba nie lada dojrzałości i odwagi, aby zdecydowanie powiedzieć innym, że znamy wszystkie myśli zasadzające się w kłamstwie. To cecha umysłów wyjątkowo doświadczonych przez życie. Z nim jest jak z seksem u płci pięknej, wybitne przybiera barwy po trzydziestce. Nie sposób nie dostrzegać pokrętności życia mijając lata młode, zahaczając o opłotowanie wieku średniego. W zasadzie można pokusić się o wniosek, że każde świństwo jest nieodłącznym towarzyszem ludzkości, w jej masie miliardów istnień chowa się paskudnie w zakamarkach umysłów, aby przy dogodnej sposobności powalić z zamiarem krzywdy przygodnego człowieka. Sam crimen w sobie jest niewątpliwym złem, jakże jednak paskudna jest istota łgarstwa. Stanowi otoczkę nieprawych postępków, aby móc oszukać innych, świadków zdarzeń lub wiernej sensacji gawiedzi. Czy jednak sam praktykujący swe bezeceństwa może owym fałszem oszukać samego siebie? Życie tak jak piękne stać się może wylęgarnią podłości, na którą szczególnie niedoświadczeni i dobrzy z natury ludzie padają ofiarą perfidnych manipulacji. Dotyczy to każdego z nas. Jesteśmy ofiarami lub katami, albo też, co gorsza i jednym i drugim. Niepowetowane to piętno wypalone krążącą karmą, która ponoć jak mawia moja Przyjaciółka daje lub odbiera nam radość życia w zamian za nasze poprzednie czyny. Dalece przewrotna to teoria. Któż bowiem nie potrafi wskazać z nas poległych w mękach życia poczciwot, by na przeciwległej szali zobaczyć triumfujące na ludzkiej krzywdzie szmaty. Jedno pewne jest, że bliższa staje się teoria ludzkości, w której choć powinno być odwrotnie, to jednak nie prawda, a kłamstwo stanowi fundament z głazów kręcącej się szyi.
"Znam cię życie. Znam cel krętej drogi twej. Jesteś skąpcem, który dać chce jak najmniej. Tak wiem. Na kłamstwie, na kłamstwie się opiera świat."
Zrozumieliście. Teraz już na pewno. Ile razy wystawiono Was na próbę w życiu zawodowym czy osobistym. Jak czujecie się odnajdując w zakamarkach pamięci niedobre czyny zapisane w czarnych księgach waszych wykroczeń i przestępstw. Jeśli czujecie się niewinni i czyści na wskroś, to przykro mi to stwierdzić, ale wiele krzywd, które wyrządziliście bliźnim resetujecie z pamięci zupełnie jak górnik myjący swoje ciało z pyłu czeluści. Brud za paznokciami, pozostaje. Nie inaczej jest w mściwym świecie pracy. Wzajemny pretensjonalizm zaczynający się od złośliwości po okrutne miażdżenie złudzeń o normalności podszyty jest kłamstwem kiedy przyjdzie na to odpowiedni czas. Życie jest skąpcem, które dać chce jak najmniej. W naturze istoty ludzkiej tkwi chęć zdrowego pragnienia i chorego pożądania. Granica między nimi jest niewidoczna i mało jaki umysł zawsze potrafi w porę opamiętać się i stanąć w każdej sytuacji na straży rozsądku. Nie wiem czy komukolwiek powiodło się to. Nawet powszechnie szanowane autorytety, które potrzebują masy do odwoływania się podczas pogadanek czy popijaw, nie odważą wgłębić się w życiorysy wymienianych przez siebie bogoludzi. Nadszedł taki czas, w którym setki tysięcy osób z wyższym wykształceniem boryka się na skraju przepaści finansowej przez co marginalizuje się fakt uczestnictwa w aktach prostytucji pracowniczej lub gwałtów dusz poprzez zbiorowy triumf kłamstwa i oszustwa. Jestem tolerancyjny wobec mniejszości seksualnej, ale nie jestem tolerancyjny wobec prostytutek gorszących stosunki międzyludzkie w relacjach pracowniczych, czyhając z wazeliną, aby obsmarować nią swoje stetrane wyścigiem szczurów gębowaginy i obślizgłe palcogenitalia. Życie jest skąpcem, a potrzeby ma każdy, nawet ten który zazwyczaj niewiele mówi, choć nie znaczy, że nie ma nic do powiedzenia. Walczmy o równowagę w sytuacjach kiedy widzimy niesprawiedliwość, bo przecież na kłamstwie się opiera świat. Wiara jaką pokładam w każdym kogo pragnę znać jest bezcennym dowodem zaufania, że może, a wręcz musi być chociaż czasem inaczej. Życie choć doświadcza nas niezdrowo, jest przecież niepowtarzalnym darem, które się nie powtórzy.
Na co więc czekamy?
środa, 4 stycznia 2012
Król Polskiego Bluesa Tadeusz Nalepa czyli Tego Wam życzę
Byłem w nieciekawym miejscu, z dala od wymarzonego domu, dosłownie w ramionach moralnego rozkładu, kiedy dowiedziałem się, od odwiedzającego nas kolegi boksera, że dzisiaj odszedł po ciężkiej chorobie Tadeusz Nalepa. Gdyby nie kilku podobnych do mnie straceńców, którzy wyjechali głównie za forsą do Anglosasów najpewniej nie wiedziałbym co mam ze sobą zrobić. Jakoś dziwnie złożyło się w moim życiu tak, że Króla Polskiego Bluesa znalazłem sam i w ciszy umysłu zgłębiałem jego twórczość. Zainteresowałem się nim dość późno, chociaż taka forma przekazu była mi zawsze przyjazna i wewnętrznie natychmiast przyswajalna. Do dzisiaj bardzo żałuję, że nikt wcześniej nie zachęcił mnie do poświęcenia kilkunastu dni, aby zagłębić się w przekazach jakie dał melomanom Tadziu. Dla mnie, jego muzyka wespół ze słowami to opis życia, który dotyczy każdego z nas. Tak proste, a zarazem nieosiągalne dla większości z Artystów jest bycie sztukmistrzem melodii i myśli spojonych w jednolite piosenki. Gdyby było inaczej, słyszałoby się to i owo o rozkwicie łączenia przekazu myśli i gry instrumentariów. Tymczasem prawdziwa muzyka jest w medialnym odwrocie. Temat szeroki i wymagający raczej gruntowej analizy i wojowniczego nastroju do siekania ostrymi kłami i mocnymi rogami po osóbkach wywindowanych przez kiepskie media. Nie sposób ich nawet nazwać grajkami. To zgraja mizerot psujących uszy rodakom, a przez to także i sprawców, wypaczających dobry gust i moc przemyśleń czy radości z istoty zabawy na prawdziwie zagranych koncertach. Wracam do Tadzia i tego co zrobił. Nie odważę się na podsumowanie,ale pokuszę się jak zwykle o subiektywną analizę jego piosenek. Na początek trafiło zupełnie na czasie na piosenkę "I tego Ci życzę". Tak się akurat składa,że ktoś kochany zamieścił w necie cały koncert z okazji 60 urodzin Tadka. Włączam ten prezent i załączam fragment występu powyżej,a wnet zradzają się myśli...
"Ja nie muszę mieć pałacu na łóżku wodnym spać i gapić się z tarasu na samochody dwa. Kiedy po dniu ciężkim przez domu przejdę próg, miłość mej kobiety ma mnie zwalić z nóg..." Powiedzcie, Kochani skoro to wszyscy wiemy dokąd zmierzamy w tym diabelskim pędzie? Za miłością? Radością życia? Oddajemy swoje najlepsze wartości bliźnim? Pewnie chcielibyśmy,ale jakże często jest tak, że na te najistotniejsze wartości nie ma miejsca, bo albo proza codzienności zabrała nam czas i wolność myśli, albo też mamy puste kieszenie i jedno marzenie, wrócić do gry, założyć na siebie zgrzebny wór i maskę na twarz,oby tylko robić cokolwiek i często nawet nie za niegodną stawkę, a wręcz jałmużnę neofełdała. Problem utrzymania się od miesiąca do miesiąca jest największym nieprzerwanym kacem powstającym po wdychaniu tlenu między Odrą, a Bugiem. Cóż dopiero mówić i starać się zrozumieć Tadka,gdy mówi "...I tego Ci życzę. I choć z pozoru to bardzo proste,oh jakie to trudne jest!!!". Uwierzyć nie sposób, szczególnie kiedy życie przecieka nam przez palce,a tymczasem piękno wartości zasadza się w naszych wrodzonych cechach potrzebie miłości i dawaniu jej. Przecież to takie proste, że trudniej na to wpaść się nie da. Zawsze istnieje zgniły jad doświadczeń, swoisty paralizator wychodzenia naprzeciw własnym błędom i wybaczaniu krzywd, w tym i znajdywanie setek powodów, aby nie zrobić czegoś prostego i wartościowego. Im człowiek głębiej brnie w bezsens swojej codzienności, w której walczy obok przypadkowych osób na stanowisku pracy, tym bardziej powinien skupić się na zrozumieniu jak bardzo musi postarać się powalczyć o tych, których kocha i o tych, których doprawdy szanuje. Nie wiem jak to u Was jest, ale mnie osobiście rozbraja stan, kiedy słyszę w pewnych kręgach,że jestem tym co posiadam, a jeśli zdarzy się tak, że kilkuletnie auto nie odpowiada tym normom to mam zawijać się w diabły, bo skoro nie mam oczekiwanych przedmiotów to jestem "bezwartościowy". Cóż dzieje się w Waszych sercach, bo moje na zawsze przestaje bić w rytmie empatii, dla takich koneserów gadżetów. Ciekawe, czy kiedyś jak zamkną oczy to wezmą ze sobą te przedmioty do swoich piramid. Tymczasem trudno się nie dziwić prostaczkom, że nie rozumieją iż w życiu najważniejsza jest miłość i szacunek, nie słuchają przecież Tadzia "Ja nie muszę mieć pałacu na łóżku wodnym spać i gapić się z tarasu na samochody dwa. Kiedy po dniu ciężkim przez domu przejdę próg, miłość mej kobiety ma mnie zwalić z nóg. I choć z pozoru to bardzo proste,oh jakie to trudne jest." Kto miał im zaśpiewać o miłości i prostocie człowieka może ktoś z Tusk Vision Network (dla niewtajemniczonych TVN)...Wzdrygam się z obrzydzenia, jak kiedyś po pierwszym kielonie zapomnianej Bałtyckiej. Życie jest piękne, więc nie dajcie się zwariować medialnym bombardierom. Jak wiadomo bombardier to jeno starszy szeregowy, cóż więc to za ranga, dla Kapitanów swoich okrętów pełnych przemyśleń i marzeń o miłości i zdrowiu splatających się w prostocie spełnienia czy Majorów Ostoi rozsądku i zrozumienia.
"...Kilka lat po świecie chodzę,przypadki różne znam i widzę każdy człowiek marzenie takie ma,chciałby być kochanym i mieć swój własny kąt,gdzie wraca lizać rany,gdzie w oknie czeka ktoś. I tego Ci życzę..." Cóż prostszego. To najpiękniejszy wrodzony egoizm o jakim słyszałem, a który to podlega społecznej i indywidualnej akceptacji. Wskażcie mi kogoś któż nie marzy o domu, w którym czekają na niego bliscy i blask domowego ogniska. Jeśli są tacy, którzy zaprzeczą z różnych powodów, niechaj przemyślą dotyk miłości zawarty w smaku strawy, zapachu tulącej się doń szyi i musnięć kształtnych, kołyszących się życiodajnych piersi. Kocham kochać. Pogardzam materialistami. Wielu jest takich, którzy mają dokąd wracać po codziennych bitwach z nieuprzejmymi gnojami. To ich szczęście. Tych co mają własne rodziny, na które mogą liczyć, niezawodnych przyjaciół, a także kąt, którego nie trzeba wynajmować lub wydzierać dożywotnimi wyrokami - ratami, bezkarnym w polskiej rzeczywistości bankom. Ilu jednak dławi się od łez w samotni własnych marzeń o partnerach dających miłość, przyjaźń i lubieżny seks. Ilu także nie sypia po nocach, bojąc się o relacje w pracy, kończącą się na koncie wypracowaną jałmużnę, okrojoną znacząco o wieczne wakacje (raty) dla dyrektorów i prezesów instytucji finansowych w świetle jupiterów aktów normatywnych uchwalanych przez tych samych od lat bezdusznych człekokształtnych w garniturkach. Grubo obchodzi się z Polakami obecna rzeczywistość. Piszę o tej większości. Zaiste uchroni nas przed totalną degradacją miłość i szacunek, przyjaźń i pomocny ludzki gest.
Tego Wam życzę.
"...I choć z pozoru to bardzo proste, oh jakie to trudne jest".
Subskrybuj:
Posty (Atom)