poniedziałek, 16 stycznia 2012
Wspomnienia Faceta czyli Marzenia Chłopaka - Jest gdzieś taki dom
Wszędzie dobrze tam gdzie nas nie ma. Tak mawiał mój Tato, kiedy stanowczo formułowałem swoje poglądy na temat życia gdzieś daleko stąd. Na szczęście człowieka składa się wiele istotnych czynników. Nieodzownie potrzebne jest nam do funkcjonowania zdrowie dzięki, któremu stoją przed nami otwarte lub zamknięte setki możliwości działalności. Poza szlachetnym samopoczuciem ważne jest, aby czuć się spełnionym, a to nie jest przecież wcale takie oczywiste. W toku istnienia podejmujemy szereg działań, wykonujemy różne zadania, tworząc przy tym nieprzewidziane relacje. Tak jak życie długie czy też krótkie, idziemy przez nie, dążąc do zbudowania strefy komfortu, w której czujemy się bezpiecznie. Żyjąc w państwie, które gwarantuje obywatelom niewiele, oprócz możliwości prezentacji swoich poglądów, jeśli oczywiście takowe się posiada i jeżeli nadto nie przychodzą nam do głowy myśli strachu przed utratą pracy, pozycji w danym środowisku, aby tylko jakoś w kompromisie egzystować. Ucieczka czy wyjazd z przysłowiowego "Stąd" jest szansą na przeżycie czegoś nowego, poznanie siebie, innych twarzy przemieszczających się z nami kompanów, nowych ludzi i miejsc. Wszelkie emigracje czy migracje związane są z historią naszego narodu. Mocno doświadczeni nauczyliśmy się przeżyć w ekstremalnych warunkach, opanowując znakomicie grę aktorską i szereg umiejętności mniej lub bardziej przydatnych w życiu. Nic nie jest tak istotne w życiu jak akceptacja samego siebie, tego kim się jest, co wykonuje się w danej chwili. Na bazie pewności łatwiej nam o miłość i szacunek, mając za towarzyszy własną wiarę i nadzieję na zmiany.
Zawsze lubiłem dworce. Ich magia, budynki, perony, światła, ciężkie pojazdy i przemieszczający się z miejsca na miejsce ludzie, sprawiali, że doskonale zdawałem sobie sprawę, że oto jestem w miejscu, z którego mogę wyruszyć "Stąd". Wszystko nowe i inne może rozpocząć się w miejscu być może niekoniecznie romantycznym, za to iście wyjątkowym. Wiele podróżowałem pociągami po kraju. Nieco mniej w krajach ościennych i wyspie, na której spędziłem niemal trzy lata życia. Wszystkie podróże, zarówno te zwyczajne, którymi przemieszczałem się codziennie do pracy i do lokalu mieszkalnego, jak i te z założenia radośniejsze podczas zaplanowanych wycieczek, zapisały się wyraziście w mojej pamięci.
Jest jednak taki skład, który wspominam szczególnie. Kiedy jechałem nim ponad dekadę temu nigdy nie przypuszczałem, że będzie to moja ostatnia rajza tą trasą. Każdy kto jeździł pociągiem relacji Poznań Główny - Międzychód przez Pniewy Szamotulskie wie doskonale o co mi chodzi. Piszę o tej linii, ponieważ z kimkolwiek kto jeździł nią, nie sposób wyszukać takiego, który nie wspominałby mile podróży przeważnie składem z piętrusami, rzadziej przedziałami. Wspomnienia piękna rzecz. Wracają czasy sprzed lat, bardziej beztroskie lecz równie trudne. Człowiek nosi sam w sobie radości i problemy. Na tamten czas najistotniejsza była, podobnie jak i dzisiaj jest, miłość wpleciona w gorący związek z przyjazną kobietą, od której uczucia wznoszę się w błogostan ciała i umysłu. Podróże pociągiem do Międzychodu miały szczególną wartość krajobrazową, estetyczną, ludzką, a patrząc na aspekt prędkości jaki rozwijał skład czasami również ekstremalnie młodzieńczo zwariowaną. Ten ledwie 90km odcinek pociąg pokonywał w ponad dwie godziny. Dzisiaj czas biegnie jakby szybciej, coraz mniej go w nas samych, niewiele dajemy go innym, naładować się jego energią od innych równie ciężko. Patrząc na dzisiejszych pasażerów raczej piorun ze złości by ich trafił, że gdyby mieli auto to mogliby w niecałą godzinę zameldować się w przedwojennym granicznym z Rzeszą mieście Polski.Uśmiecham się z nostalgią. Te niemal zawsze dwie godziny z kwadransem, choć bywało i dłużej były swoistym rytuałem. Kto wtajemniczony ten wie, jak mogła w doborowym gronie wyglądać podróż takim pociągiem. Coś na pozór zwyczajnego mogło urosnąć do rangi przygody w wyjeździe do Puszczy Noteckiej. O atrakcje przecież nie było trudno. Takie to były czasy, że samemu można było zorganizować sobie do plecaka kilka flaszek Ratuszowego, Lecha czy Regenta. Zdrowa wałówa wrzucona na ruszt potęgowała wzajemną ochotę zwiększenia spożycia alkoholu. Mnie częściej przychodziły na myśl marzenia o wielkim uczuciu niż o przetarciu nosa o poręcze z przepicia. Bywało różnie. Tęsknota za wolnością, nieznaną przyszłością sprawiały, że człowiek cieszył się z prostych rzeczy jak rozmowy z ludźmi, wspólne przegryzanie kanapek czy ciastek, o goryczy chmielu czy drożdży nie wspominając. Mając w sobie radość z prostoty można było przenosić góry i chyba za jej smakiem najbardziej mi tęskno. Wówczas jadąc zapomnianym składem marzyła mi się taka wielka, ale to naprawdę taka niezmiernie piękna miłość. Tego kwiatu to pół światu mawiał na moje smutki Tato. Uśmiecham się. Myśląc przede wszystkim sercem, a rzadziej i nieśmiało grającymi hormonami przyjmowałem te słowa jako coś zupełnie oczywistego lecz nie budującego. Naczytał się człowiek różności to i marzył o piorunie jaki powalił Michaela z Ojca Chrzestnego. Tymczasem w składzie bywało różnie i widziało się to i owo. W pamięci utkwił mi widok z sierpniowego wieczoru. Pociąg był niemal pusty. Nie obawiałem się więc, przy otwartych drzwiach wagonu, założyć na uszy słuchawki walkmana firmy Sony i włączyć kasetę kolegi z płytami SBB "Welcome" i "Fallow My Dream", który już na dobre bawił się z naszą paczką w oddalonym nieco od Międzychodu Kaplinie. Migotały gwiazdy, księżyc świecił. Skład jechał wolno pośród pól i lasów. Można było poczuć unikalny zapach koszonego zboża, gdzieniegdzie w dali migotały światła Bizonów i fizjonomie kończących pracę rolników. Głowy nie dam, że właśnie wtedy naoglądałem się najwięcej saren i lisów wieczorową porą. Wyjątkowość zawiera się w pięknie podróży, z której jak widać i do dzisiaj nie wyrosłem. Chcąc, aby odpoczęły mi uszy zdejmowałem słuchawki, jak na tamte czasy niezwykle kosztowne, lecz jakże rewelacyjne wersje mikro wkładane do uszu. Powietrze czyste, a woń łąk i skoszonych pól sama w sobie wywoływała radosny uśmiech na twarzy, kojąc tęskniącą za kobietą chłopięcą duszę. Wtedy za określenie chłopak uraziłbym się. Dzisiaj z lekkością przychodzi mi właśnie tak określić siebie z tamtych lat. Z pamięci nie mogę wymazać przyjazdu do Pólka. Wsi tak mało istotnej, dla nawet rodowitych Wielkopolan, że wspomnienie jej wywoływać może zdziwienie. W rzeczy samej uderzyły mnie dwie myśli. Pierwsza związana z małym tekturowym biletem z dziurką w środku, na którym była napisana trasa Poznań-Międzychód nie przez leżące niemal pośrodku Pniewy z dodatkiem Szamotulskie jak było napisane, na budynku pniewskiego dworca, a przez właśnie Pólko. SBB grało i grało, a Ratuszowe się spokojnie lało do ust i degustowało. Stacyjka oświetlona była jak zwykle ledwie kilkoma lampami i tego wieczoru zaskakująco olśniewająco urodziwą zjawą. Miała długie brązowo-rudawe włosy, średni wzrost, wdzięczące się do tej brzydszej połowy świata piersi, zawiązane jedynie w kraciastą biało-czerwoną koszulę. Krótkie jeansowe spodenki koloru niebieskiego i delikatne brązowe skórzane sandały. Nie wiem ile lat mogła być ode mnie starsza. Ja dobiegałem pełnoletności, ona mogła być po dwudziestce. Tak czy inaczej rzeczywiście była ozdobą stacji. Kiedy wsiadła do innego wagonu, aż mnie rozpierała energia, aby przejść się po pociągu, co było sprawą najzupełniej normalną, ale jakiś wewnętrzny głoś mówił mi, żebym sobie odpuścił wszelkie próby tego co większość lubi realizować wiedziona chyba jakimś wiosenno-letnim zewem natury. Te parki wiosną, były dla mnie banalnie prosto związane z przyrodą i wywoływało wszelki komentarz, na temat typowych ludzkich przejawów wiązania się w pary. Stąd wiadome było dlaczego otacza mnie tyle zodiakalnych Koziorożców i Ryb. To daje mi do dzisiaj swoistego kopa do dyskusji dlaczego jest w życiu jak jest. Jeśli naraziłem się komuś, przepraszam serdecznie. Nie było wiosny, a lato dobiegało końca. Myślałem, znowu tego roku przyjdzie mi samemu bić się z samym sobą. Ten kto mnie zna od dekady nie wie nawet, że blisko dwie dekady temu nie potrafiłem poradzić sobie z tęsknotą do uczucia. Z czasem, po latach, obrodziło i to aż do niebezpiecznych rozmiarów, ale to tak nawiasem. Zrezygnowany usiadłem z powrotem na ziemi, otwarłem drzwi od wagonu. Skład toczył się wolno, zupełnie tak jakby tej nocy nie miał dotrzeć do punktu docelowego. SBB wzmagało moje tysiące myśli, szczególnie zaś lubiłem przewijać na utwory "Reanimation" i "Walking Around The Stormy Bay". Otwarłem ostatnie trzecie piwo, chcąc nieco wyłączyć się z otaczającej mnie, aczkolwiek pięknej w samotni odbioru turkotu nocy. Sączyłem gorycz Ratuszowego chcąc zabić smak goryczy bycia jak to się dzisiaj mawia solistą. Rzadko co kilkanaście minut przechodził któryś z wędrujących pasażerów, wśród których możliwe, że czaili się mali złodziejaszkowie czy krętacze. Zaraz za Pniewami konduktor opieprzył mnie za otwieranie drzwi,a widząc w ręku piwo zezłościł się zdrowo. Byłem spokojny więc zaraz odszedł bo do wagonu w Pniewach weszła grupka uszczęśliwionych kibiców. Sokół wlał Górnikowi Zabrze 1:0 miejscowi mieli więc co świętować. Mnie także zrobiło się jakoś raźniej na duszy. Była to kilkuosobowa grupka facetów po dwudziestce. Myślę, że prędzej zainteresowałby ich smak piw, niż muzyka grającego mi w słuchawkach bandu Józefa Skrzeka. Tak. Znów poczułem się w mniejszości. Czegoż ci ludzie dzisiaj słuchają, bambusów z cyklu Dr Alban czy tego drugiego łapciucha, którego już ksywę dawno zapomniałem. Zaraz jak to szło..."pięć ciastek" czy jakoś podobnie. Dopiero z czasem zrozumiałem, że tamta muzyka miała jeszcze może nie większe wartości, ale biła na łeb obecnych gadaczy i wyjców typu Ruhana. Mała wrzawa w wagonie na piętrze obok i zdarzył się cud. Kasztanka okazała mi się z bliska. Nie wytrzymała i przyszła do wagonu, którym jechałem. Jak zawsze w dolnej partii, skąd jeśli nie otwierałem drzwi wagonu lepiej oglądało mi się życie zza okien. Uśmiechała się do mnie i widać było, że coś jej wpadło w oko. Najprawdopodobniej były to moje bardzo długie włosy. Zapytałem dokąd jedzie i usłyszałem, że do Mierzyna. To dość nieciekawe jak dla mnie i wielu moich znajomych miejsce, miało raczej oddźwięk związany z hałastrą jeżdżącą na bijatyki na dyskoteki i rodzinki z dziećmi, w tym zagubioną wskutek nadopiekuńczości mamuś i tatusiów młodzież. Cóż, nie dałem po sobie poznać, że zaskoczyła mnie jej odpowiedź, bo urody była przedniej. Pachniała jakimiś melonami, podobny zapach miałem okazję pokochać w późniejszym życiu. Retrospekcje dekodują mi skutą smutkiem rzeczywistość. Błogosławię więc za tę cechę swoją pamięć. Znów uśmiech pojawił mi się na licu. Te brązowe kręciołki dodawały jej takiego uroku, że aż czuło się narastające we mnie dziwne napięcie. Pociąg turkotał, a my rozmawialiśmy. Kiedy nachylała się widziałem jej dwa cudowne atrybuty. Byłem niezwykle zadowolony z jej towarzystwa, bowiem okazało się, że jest studentką weterynarii, a o muzyce wiedziała dużo więcej niż znane mi dziewczęta. Kompletnie powaliła mnie wspominając o Deep Purple, Led Zeppelin oraz TSA i Tadeuszu Nalepie. Tak, tak. Podróż mogłaby trwać, bo czułem szum w uszach i śpiew duszy typowy dla mizerot romantyków. Za Prusimiem zacząłem zastanawiać się jak będzie dalej. W Międzychodzie na Dworcowej zaraz po wyjściu z pociągu rozwiano moje nadzieje. Nie wiem sam, na co liczyłem, chyba na jakiś cud. Tymczasem zieleń wojskowego Ułaza i widok 4 osób ubranych po mojemu skromnie rockowo uświadomiła mi, że ta kobieta do kogoś należy. Proponowano mi podwózkę. Zrezygnowałem podając powód, że ma po mnie ktoś przyjechać. Magdalena odjechała, a wraz z nią rozwiał się skład nieistniejącej już dzisiaj linii kolejowej do Międzychodu. Pomyślałem, pewnie jest gdzieś taki dom, w którym ona czeka na mnie. Tylko gdzie, myślałem lekko wstawiony, choć nie było po mnie tego widać.
Żal, że wszystko tak szybko mija. Mnie pozostanie na zawsze sentyment do dawnych lat, miłość do muzyki i uwielbienie do kobiet. Co najpiękniejsze dopiero po latach okazało się, że ulicami tegoż Międzychodu spacerowała samotnie poszukując miłości moja Żona. Gdybyśmy się już wówczas spotkali, kto wie jaki byłby teraźniejszy scenariusz. Siadamy czasem wspominając Gród Gruszy i piękno jej okolic. Dawne sklepy, po których nie ma dzisiaj śladu, drzewo nad jeziorem, na którym huśtała się masa dzieci i młodzieży, hotel "Pod Białym Orłem". Ja zaś dodatkowo ten dworzec i ten piętrus, gdzie wiele pięknych chwil zaczęło się i skończyło.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz