niedziela, 25 grudnia 2011
Nostradamus Republiki czyli demakijaż chęci do pewnej niewiedzy dojrzałych umysłów.
Nostradamus Republiki czyli demakijaż chęci do pewnej niewiedzy dojrzałych umysłów.
"...Tego dnia śniadania nikt z nas nie skończy. Tego dnia nie będzie już słowa jutro. Tego dnia zegarki odmierzą równo apokalipsy czas. Tego dnia znów pokochamy nasze żony. Tego dnia znów odnajdziemy swe kościoły..." Za każdym razem kiedy zbliżają się Wigilia i Święta przeszywa mnie gorycz straty Obywatela G.C. Wspomnienia, kiedy dowiedziałem się o Jego śmierci, wgryzają się we mnie jak kwas molekularny, zostawiając uczucie bólu i niekończącego się niedowierzania. Bywają dni, że zupełnie nie przyjmuję do wiadomości, że Grzegorz odszedł. Jestem jednym z tysięcy fanów osobowości nieboszczyka. Skąd zatem przychodzi mi do głowy chęć wylania z siebie chwalebnego inkaustu. Polska scena muzyczna straciła niejednego wartościowego artystę, który zapisał się w niej złotymi dźwiękami słów i instrumentariów. W przypadku Grześka jednak bardzo wymowne stały się okoliczności i czas kiedy utonął w odmętach śmierci.
Jest listopadowy wieczór, równo dekadę temu, kiedy pojawiam się na imieninach ulicy Św. Marcin. Marznąca jesień, przypomina lodowatym wiatrem i blaskiem gwiazd w pełni księżyca, raczej swoją zbliżającą się siostrę zimę. Przeżywałem uniesienia radością występu zespołu Republika, na który przyszedłem za namową pewnej damy, która zdobyła kilka lat później w dobie innej zimy, medal niebytu w moim życiu. Szalony koncert przy ogłuszającym aplauzie wielkopolskiej publiki przeszedł do historii ze względu na jego czas i styl w jakim zaprezentowała się grupa. Republika nie oszczędzała się, produkując dla świadków ich gry, tyle muzyki i żywotności, że trudno szukać takiego skupiska radosnych atomów podczas innego dnia w roku, który mogą pamiętać mury zamku i okolicznych kamienic. Szczególnie w pamięć zapadł wigor Grzegorza z jakim udzielał się śpiewając i rozmawiając z publicznością pomiędzy utworami, zachęcając do udziału w zabawie i pozostaniu na mrozie. Ostatnie utwory zagrane zostały w sposób pełnej innowacji przy udziale bębnów. Afryka w Poznaniu tego jeszcze nie było. Koncert jaki zapada w pamięć na długie lata, choć przecież wiadome fanom było, że ekipa nie będzie oszczędzać się i podczas takiej specyficznej imprezy. Migają mi przed oczyma fragmentarycznie zapamiętane obrazy żywego Lidera nieoszczędzającego swoich dłoni, uderzając radośnie i bez opamiętania w bębny z Czarnego Lądu. Koncert się skończył po dobrej półtora godzinie,bo nikt nie zamierzał zalać się ot tak od razu z powracającymi z Bułgarskiej kibicami, słysząc informacje, że drugoligowy wówczas Kolejorz przegrał właśnie mecz w Pucharze Polski z bardzo dobrze grającą w ekstraklasie Dyskobolią Grodzisk Wielkopolski. Pamiętam nawet wynik. Poznaniacy popłynęli z starciu z kolegami zza miedzy 0:2 odpadając w 1/8 lub ćwierćfinale ówczesnych rozgrywek. Inwazja Tczewian na Poznań trwała na dobre i pewnie gdyby nie zmęczenie wszystkich dobrą zabawą pomarzlibyśmy jeszcze dłużej. Występ na scenie zamkowej przeszedł do historii i wiodąc rozmowy z towarzyszącą mi równie jak ja podekscytowaną słuchaczką Republiki, postanowiliśmy, że uczcimy w nieistniejącym już dzisiaj pubie "Pod Koroną" udany wieczór kilkoma kufelkami lanego z kija za 6zł, rzadkiego wówczas, holenderskiego Heinekena. W świetle smaku gorzko-ziołowych pokali postanowiliśmy, że jak tylko przyjedzie Republika do Poznania to na pewno ponownie nie opuścimy ich koncertu. Pięć tygodni później okazało się jednak, że to nie ja opuściłem Grzegorza, lecz to on zostawił wszystkich. Rodzinę, najbliższych, długoletnich fanów i zagubioną w chaosie postbuzkowym Polskę. Grzesiek gdziekolwiek jesteś, nie pytaj o Polskę jak w piosence, szczególnie tę dzisiejszą, bo wówczas zmierzaliśmy na Zachód,a dzisiaj donikąd. W nikłym stopniu znajda się i tacy, co nieśmiało pomyślą,że gdzieś tam u Ciebie, możliwe, iż bardziej zrozumiałe są warunki życia i relacje międzyludzkie. Zastawiając na boku jednak egzystencjalne dywagacje, powracam do dnia kiedy osłupiałem, nie wierząc w to co słyszę. Marek Niedźwiecki na antenie Trójki uderza Polskę wprost w splot słoneczny. 44 lata, 44! Przecież miesiąc temu,byłem na ich koncercie. Do jasnej cholery, kolejny człowiek,następny artysta. Nie dowierzam i nie chcę.Biegnąc jak oszalały do jadalni z kwadratowego pudła słyszę to samo. Przed samymi Świętami, gdzie jest Stwórca się pytam. Do dzisiaj nawiasem, zadaję sobie to pytanie i pośród tej tragedii i wszystkich innych o jakich wiem oraz tych, które nie stają się częścią mojego życia, nie mam wątpliwości, że jesteśmy mali, maluczcy i bezradni. Wszelkie zaś klepidupy nie wmówią mi, że to jest sprawiedliwe, aby w ten sposób zabierać ludzi wartościowych, do niby to lepszego wymiaru. Pogodzić się nie mogę do dzisiaj, że zniknął ze sceny ktoś tak charyzmatyczny. Pamiętacie doskonale Ewę Omernik. Drogowskaz wschodzącej Justyny Steczkowskiej. Jakież to były dwa albumy. Bomby witaminowej kobiecości zaklętej w produkcji artystycznej Grześka C., który jawi się publice jako Ewa O. Nie ma Grzegorza i dokąd zaprowadził los jego ówczesną podopieczną...Mnie osobiście już wiadomo jaką brunetkę z Podkarpacia szanowałem, a jaką ufarbowaną kiczem TVN, bez żadnych emocji mogę wysłuchać w zupełnie odmiennej szacie po latach.
Pewnikiem oczekiwałem czegoś na dniach, co będzie poświęcone pamięci zmarłego Lidera Republiki. Okazało się jednak, że szczególnie warto zwrócić uwagę na zespół Popkultura, którego związek z wizją artystyczną Republiki i Grześka jest bardzo namacalny. Ponownie, nie zawiodłem się na Trójce, gdzie w najbliższą niedzielę, wieczorową porą,odbędzie się w studiu im. Agnieszki Osieckiej koncert poświęcony Obywatelowi G.C.. Nikt chyba nie wmówi wieloletnim słuchaczom Grześka i tej właśnie,a nie innej radiowej fali, że lepszy będzie w ten wieczór, kolejny żenujący programik telewizyjny z cyklu "kręcidup z gwiazdami". Jakież to są gwiazdy! Znane tylko z tego, że są znane. Telewizja zeszła nie obrażając czworonogów zupełnie na psy, kreując za olbrzymią kasę takie osóbki na osoby medialne. Grzegorz Ciechowski broni się sam, spoczywając przedwcześnie w swojej mogile od niemal równo dekady. Niepotrzebne mu są pustogłowe manekiny pełniące role dziennikarskie na usługach zakulisowych bonzów z kabzą,aby obronić się złożonością swojej twórczości. Jak wciąż wielka i bliska jest to strata świadczy między innymi cykl koncertów Katarzyny Kowalskiej, która odważyła się podróżować po kraju, aby swoim głosem przypominać twórczość Grześka. Jakkolwiekby nie było dzisiaj ja, zwykły Polak, piszę,aby przypomnieć Wam Kogoś, kto jak rozsądny każdy człowiek, nie chciał znać tych wszystkich dat, o których śpiewał do nas w piosence "Nostradamus" z albumu "Siódma Pieczęć". Piosenka powstała na kilka lat przed odejściem artysty w związku z czym nie sposób, aby doszukiwać się wizjonerstwa autora o własnej śmierci. Nikt zdrowy na umyśle jednak nie może nie zgodzić się z przesłaniem, że "...Ja nie chcę znać tych twoich dat. Dat twoich nie chcę, naprawdę, nie chcę znać.." Grzesiek, dziękuję za dwadzieścia lat muzyki towarzyszącej mi od dzieciństwa.Spoczywaj w spokoju.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz